piątek, 18 sierpnia 2017

Rozdział 11 — Lamia


Penelopa złapała się za głowę, zaczynając krążyć między rzędami dębów, jakby na nowo stała się tym małym dzieckiem, bawiącym się z jamnikiem pani Dobrońskiej. Tym razem się nie śmiała i nie była już dzieckiem. Wydarzenia zeszły na niewłaściwy tor. Rozważała o tym z Kornelią poprzedniego dnia, więc powinna przygotować się na zniknięcie mitologii z jej życia, ale… znalezienie się w takiej sytuacji przerosło ją.
Świat stał się taki suchy, pozbawiony tego piękna mitologicznego, który towarzyszył jej od piętnastu lat. Magia wyparowała, choć martwiła się, czy tylko z jej życia czy całkowicie.
— To… dobrze? — zapytała wątpliwie Kornelia.
— Nie, nie, nie. — Pokręciła głową. — „A drugiego dnia spełni się twoje marzenie” — Afrodyta powiedziała mi to, a moim marzeniem było coś takiego? — Nie. Na pewno nie… — Ja chciałam, żeby po prostu nikt mnie nie atakował i żebym czuła się bezpieczna.
— „Uważaj, czego sobie życzysz” — wtrąciła Kornelia, która z nienaturalnym spokojem wsłuchiwała się w słowa Penelopy. — Kochanie — podniosła się i złapała Penelopę za barki — uspokój się. Może poszli na jakieś… — szukała właściwego słowa. — Spotkanie? — zaproponowała, lecz tylko po to, by uspokoić Penelopę. — Teraz najważniejsza jesteś TY.